blogi student.pl
zarejestruj się zaloguj się
  • 18 maj 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    Ostatnim serialem, w którego oglądanie, w wakacje, wciągnął mnie mój chłopak są Przyjaciele. Ta już raczej stara produkcja z roku 1994 okazała się naprawdę zabawna. Perypetie sześciu przyjaciół, mieszkających blisko siebie, wciągają głównie ze względu na ich humorystyczne przedstawienie. Serial jest przepełniony żartami, komicznymi sytuacjami, a bohaterowie, oczywiście, są również bardzo charakterystyczni i zabawni. Ross – sztywny paleontolog, bez przerwy gadający o dinozaurach, jego siostra Monica – pedantka ze skłonnością do rozkazywania, jej przyjaciółka i współlokatorka Rachel, ekscentryczna masażystka Phoebe, zniewieściały, i ironiczny zarazem Chandler, i jego przystojny współlokator, aktor Joey. Połączywszy wszystkie te osoby w zwartą grupę przyjaciół, otrzymamy dziesięć sezonów naprawdę dobrej zabawy.

    Mój chłopak zawsze powtarza, że, paradoksalnie, ta komedia jest trochę przygnębiająca, gdyż niemożliwe jest zbudowanie tak trwałych więzi między szóstką osób (tym bardziej, gdy są one od siebie zupełnie różne). Wyjątkowo przyznam mu rację, jednak nie można oczekiwać od produkcji telewizyjnych, że będą naśladować życie. Komedia ma przede wszystkim bawić i w przypadku Przyjaciół tak właśnie jest.

    Tagi: ,

  • 10 maj 2011 /  Bez kategorii

    Carrie Bradshaw i jej trzy przyjaciółki prowadzą życie, którego może im pozazdrościć wiele kobiet. Ambitna pani adwokat, która pnie się w górę po szczeblach kariery, pewna siebie manager, która zawsze osiąga zamierzony cel, miłośniczka sztuki, prowadząca jedną z najlepszych galerii sztuki w Nowy Yorku i wreszcie sławna felietonistka pisząca o stosunkach damsko-męskich. Wydawałoby się, że mają wszystki, a tymczasem to tylko złudzenie, gdyż ciągle czegoś im brakuje. Czas wolny spędzają polując na facetów, a każda ma wobec nich inne zamiary.

    Serial lekki i humorystyczny, raczej mało odkrywczy w poruszanej tematyce. Przeznaczony głównie dla kobiet, ukazuje takie tematy jak samotne macierzyństwo, rozpadające się małżeństwo i związek, problem bezpłodności. Kwestie te nie są raczej zgłębiane i szczegółowo rozpatrywane. Nie ma tutaj mowy o dogłębnej analizie psychiki bohaterek, ani też o rozczulaniu się nad ich losem i wprowadzaniu do serialu niepotrzebnej dramaturgii. Wszystko jest raczej sprowadzone do prostych schematów, przykryte warstwą komizmu, co sprawia, że każdy odcinek ogląda się przyjemnie lekko.

    Myślę, że należy oddzielić film inspirowany serialem od serialu, gdyż jest on spłycony.  W dwie godziny opowiada historię miłości Carrie i Biga, która w serialu przewija się przez wszystkie odcinki, dlatego to streszczenie musi być powierzchowne i niedokładne. I pewnie dlatego, też film nie oddaje atmosfery właściwej Seksowi w wielkim mieście.

    Zaczynam właśnie oglądać już ostatni sezon serialu i dotychczas nie zdążyłam się niem znudzić, i pewnie już nie zdąże.

  • 05 maj 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    Zanim poszłam na studia nie znosiłam seriali telewizyjnych. Nigdy żaden nie zainteresował mnie na tyle żebym obejrzała więcej niż pięć odcinków. Dopiero w Toruniu wpadłam w ten nałóg i teraz dzień bez jednego odcinak to dzień stracony. Zaczęło się od Chirurgów (chwila odpoczynku między zajęciami), potem był Sex w wielkim mieście (na wieczory z koleżankami) i Przyjaciele (do obiadu z chłopakiem).

    Przede wszystkim jest to świetna forma odpoczynku kiedy ma się mało wolnego czasu. W końcu, przy napiętym terminarzu, łatwiej jest zorganizować sobie 20 minut na odcinek serialu niż 2 godziny na cały film, bo w ogóle niczego nie oglądać sobie nie wyobrażam. Chirurgów poleciła mi współlokatorka, mówiąc dokładnie: „ten serial wciąga”. I miała rację. To trochę taki Ostry dyżur, chociaż tutaj bohaterami są młodzi ludzie krótko po studiach medycznych. Miejscem prawie całej fabuły jest teren szpitala, co oczywiście nie wyklucza wątków z życia prywatnego bohaterów. Romanse rezydentów z lekarzami, lekarzy z pacjentami, pacjentów z rezydentami i pielęgniarzy z chirurgami przeplatają się ze skomplikowanymi operacjami i ciężkimi chorobami. Wypadki losowe bohaterów bardzo wciągają, a tragedie życiowe pacjentów często wzruszają (przynajmniej mnie, w szczególności kiedy idzie o życie dziecka).

    Do tego dużym atutem Chirurgów jest ścieżka dźwiękowa. Potwierdza to nominacja do nagrody Grammy za najlepszą kompilacyjną ścieżkę muzyczną w filmie telewizyjnym. Znajdziemy tutaj utwory takich wykonawców jak Coldplay, Amy Winehouse czy Snow Patrol. Oprócz tego można usłyszeć wiele kompozycji mniej znanych artystów, a równie wartych uwagi jak ci wyżej wymienieni.

    Spośród trzech wspomnianych przeze mnie seriali, ten jest bezsprzecznie moim ulubionym, pomimo tego, że ma jedna dużą wadę. Oglądam już 19 odcinek 7 serii i póki co jeszcze nie zapowiada się na koniec, a scenarzystom pomału zaczyna brakować pomysłów na interesujące odcinki.

  • 04 maj 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    Na temat filmu Aronofskiego słyszałam już wiele mieszanych recenzji, w tym opinię zawodowej primabaleriny, która stwierdziła, że historia w nim przedstawiona jest nieprawdziwa. Osobiście nigdy nie miałam okazji przyjrzeć się z środowiskom zawodowych tancerzy, ale przecież nie bez powodu istnieje pewien ich stereotyp (a w każdym stereotypie jest trochę prawdy). Oprócz talentu i zamiłowania do tańca, trzeba być silnym nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. To ciągły wyścig szczurów i życie pod presją. Wspinanie się na szczyt wymaga pełnej determinacji, a co za tym idzie wielu poświęceń. Taki obraz przedstawia również Czarny Łabędź. Jednak film ten jest tylko pośrednio poświęcony tematyce trudów bycia tancerzem. To specyficzne środowisko zostało w nim wykorzystane jako idealne tło do ukazania psychiki kobiety ambitnej, zdeterminowanej, a przede wszystkim żyjącej aspiracjami swojej matki. Jej całym życiem jest balet. Poza próbami, castingami i treningami nie ma ona żadnych innych zajęć. Gdy jej marzenie o głównej w „Jęziorze łabędzim” w końcu się spełnia, jej chore ambicje dają o sobie znać.

    Aronofsky wplątuje widza w ciężką psychologiczną grę. Niektóre wydarzenia widzimy z perspektywy bohaterki, co zaciera nam granicę między rzeczywistością, a fikcją wykreowaną przez jej chory umysł. Film, chociaż trudny w odbiorze, jest bardzo wciągający. Szczególnie drastyczne są sceny okaleczania się bohaterki. Film trzyma w napięciu do ostatniej chwili, bo nie sposób przewidzieć jaki będzie kolejny krok umysłowo chorej bohaterki.

    Tagi: , ,

  • 03 maj 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    Drugiego dnia festiwalu zostały zaprezentowane dwa pozostałe eksperymenty i animacje, a na koniec emitowano Amerykański Film Reklamowy 2010. Szczególną sympatią darzę krótkometrażowe animacje, dlatego wyjątkowo interesowała mnie ta część Euroshorts. Tym większy był mój zawód kiedy okazało się, że przedstawione projekty nie powalają na kolana. Z wszystkich 12 filmów pozostało mi w pamięci naprawdę niewiele.

    Za to ku mojemu zaskoczeniu wart uwagi okazał się jeden z eksperymentów, a mianowicie był to siedmiominutowy hiszpański projekt o tytule La Grande Carrera (Wielki wyścig) reżyserii Kote Camacho. Czarno-biały film przedstawia wyścig konny z 1914 roku o najwyższą w historii nagrodę. Atmosfera podniecenia, głośne okrzyki, zniecierpliwienia, wszystkie te emocje po starcie opadają, a na trybunach zalega cisza, tylko konie galopują po torze. Film o zaskakującym rozwinięciu ukazuje pewne mechanizmy, które rządzą psychiką człowieka. Jego słabość do ciągłej rywalizacji i chęć przeżywania silnych emocji, które w tym przypadku zapewnia hazard. Odziera on z ludzi część człowieczeństwa i obnaża ich pierwotne instynkty.

    Natomiast z części poświęconej reklamie najzabawniejsza okazała się ta poświęcona Old Spice’owi, którą przedstawiam poniżej.

    Old Spice Commercial

  • 02 maj 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    Z tego względu, że zawsze zachwycały mnie filmy krótkometrażowe wzięłam udział w Europejskim Festiwalu Fabuły, Dokumentu i Reklamy, który odbył się w dniach 14-15.04 w Toruniu. Pierwszego dnia zaprezentowane zostały filmy fabularne i dwa eksperymenty. Te ostatnie okazały się nużące i niezrozumiałe, na szczęście, fabuły były dużo ciekawsze. W pamięci utkwiły mi szczególnie dwie z nich.

    Pierwsza to ponad siedmiominutowy skrót przez życie płatnego mordercy – The Advantage of The Hitman (Przewaga płatnego mordercy). Zgrabnie opowiedziana historia, jedna z tych, których domniemany zły charakter wzbudza nasze współczucie i kibicujemy mu w sprawnym wykonaniu pierwszego zlecenia. Wbrew pozorom nie jest to krótkometrażowy film akcji. Finalna scena jest krótka i nieskomplikowana, a jednak zaskakująca w swojej prostocie. W pewnym sensie zmienia nasze spojrzenie na bohatera.

    Drugim filmem jest polski projekt http://. Osobiście uważam, ze filmy krótkometrażowe to bardzo mocna strona polskiej kinematografii, a to jest właśnie potwierdzenie mojej opinii. W bardzo oryginalny sposób reżyser przedstawił prawdę o znacznej części współczesnej młodzieży. Sam tytuł jest już wystarczająco sugestywny, żeby domyślić się jaki problem został poruszony. To historia o ludziach, których głównym celem jest zaistnienie w sieci. W przypadku bohaterów filmu cena takiego przedsięwzięcia jest bardzo wysoka. Grupa trzech starszych chłopaków psychicznie znęca się nad ok. piętnastoletnim bratem jednego z nich, a wszystko robi w imię nagrania filmu na YouTube. Reżyser Bartosz Kruhlik bardzo zręcznie operuje napięciem i gra na emocjach widza (ze zniecierpliwieniem czekałam na dalszy rozwój wydarzeń). Problem zostawia nie do końca rozstrzygnięty wzmacniając tym samym dramaturgię filmu.

    Tagi: , , , , ,

  • 13 kwi 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    W ostatnich tygodniach, kiedy cały mój czas wolny pochłania pisanie pracy licencjackiej, najlepszym sposobem na chwile relaksu jest dobra komedia. A, że współczesne komedie, które oferują nam wytwórnie hollywoodzkie, raczej mnie drażnią niż śmieszą, postanowiłam sięgnąć po coś starszego. Mój wybór padł na film z 1992 roku wyreżyserowany przez Sama Raimi’ego zatytułowany Armia ciemności.

    Jest to trzecia, ostatnia część z cyklu Martwe zło. Zetknęłam się z opinią, że jest ona najlepsza, ale sama nie jestem w stanie tego orzec, gdyż dwóch pierwszych nie widziałam. Nie jest to konieczne do zrozumienia filmu, ponieważ zaczyna się on krótkim wprowadzeniem, retrospekcją z wydarzeń z poprzednich części. Tak więc zastajemy bohatera przeniesionego do średniowiecznego zamku, którego mieszkańcy wyznaczają mu śmiertelnie trudną do wykonania misję – odnalezienie magicznej księgi. Oczywiście nie obywa się bez walki z czarnymi mocami, szkieletorami i wiedźmami.

    Na portalu filmweb.pl Armia ciemności zaklasyfikowana jest do horroru i komedii. Moim zdaniem film bardziej skłania się ku komedii, a ściślej mówiąc jest to parodia horroru jako gatunku. Skarykaturowane jest wszystko od głównego bohatera, który dzielnie stawia czoła wszystkim przeciwnościom losu, walczy z licznymi potworami i (o dziwo!) ani razu nie zostaje zraniony, począwszy. Parodia objawia się na płaszczyźnie języka, kreowania postaci, fabuły, a nawet sposobu filmowania. Jednak to co jest największa zaletą filmu i co, przynajmniej moim zdaniem, odróżnia go od innych tego typu produkcji, jest subtelny komizm dla widzów szczególnie spostrzegawczych. Produkcja Sama Raimi’ego nie jest naszpikowana żartami sytuacyjnymi, tak jak to ma miejsce we współczesnych komediach. Jej karykaturalność zdecydowanie nie jest tak nachalna jak w Hot shots czy w Nagiej broni, co jednak nie zawadza w dobrej zabawie podczas oglądania tego filmu.

    Tagi: , ,

  • 05 kwi 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    Od dawna już zakochana w filmie Anga Lee Tajemnice Brokeback Mountain postanowiłam w końcu sięgnąć do opowiadania na kanwie którego powstała ekranizacja. Już po pierwszych zdaniach okazało się, że nie tego się spodziewałam. Niestety moje oczekiwania zostały poważnie zawiedzione. Film, który jest dla mnie liryczną historią miłosną prostolinijnych mężczyzn z ciężkim bagażem doświadczeń z lat dzieciństwa, został zdewastowany prostotą, szorstkością, a czasami wręcz wulgarnością języka użytego w noweli. Subtelność, delikatność filmu została zabita. Przynajmniej tak jest na początku. Im dalej brnie się w tekst, tym jaśniejsze staje się, że taki zabieg jest konieczny. To miłość dwóch mężczyzn w pełnym znaczeniu tego słowa. Wychowani na Dzikim Zachodzie, pochodzący z biednych rodzin, musieli szybko nauczyć się dorosłego życia i samodzielnego utrzymywania się. Jeden próbował swoich sił na rodeo, drugi ujeżdżał konie na ranczu. Charaktery, ukształtowane w tak trudnych warunkach, muszą być szorstkie, wystrzegające się okazywania uczuć. Dużo łatwiej pokazać to w filmie niż w opowiadaniu, stąd ten oschły, miejscami grubiański język. Z resztą po mniej więcej połowie opowiadanie wycisza się i do głosu dochodzi sfera uczuć obu bohaterów.

    Co ciekawe ich miłość nigdy nie zostaje nazwana wprost. Oni sami nie do końca wiedzą co ich spotkało i mało mówią o tym co czują. Ta miłość, zarówno w opowiadaniu, jak i w filmie, jest ukazana za pomocą symboli takich jak dwie koszule włożone jedna w drugą. Właśnie takie subtelne symbole, znaki, gesty budują liryczność filmu i poruszają widza.

    Trzeba jednak zaznaczyć, że historia ta opowiada również o homofobii społeczeństwa. Ukazanie braku tolerancji dla odmiennej orientacji seksualnej było głównym założeniem autorki. Tak właściwie „brak tolerancji” to za mało powiedziane. W kulturze południowych Amerykanów w latach 70-90 wszelkie przejawy inności spotykały się z agresją, jednostki odmienne były brutalnie eliminowane, wykluczane ze społeczeństwa. Dlatego miłość tych dwojga mężczyzn była tak ciężka i pewnie też dlatego tak wzrusza.

  • 25 mar 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    Po ciężkiej sesji zrobiłam sobie wolny weekend i postanowiłam obejrzeć zaległe filmy. Wśród nich znalazł się film obyczajowy Nory Ephron z 2009 roku Julie i Julia. Bardziej komedia niż dramat, raczej przeciętna., dobra do obejrzenia w chłodny wieczór po ciężkim dniu pracy. To co zwróciło moja szczególna uwagę podczas oglądania, to stara jak świat, bo z 1977 roku, piosenka, nieistniejącego już od prawie 20 lat zespołu Talking Heads, Psycho Killer.

    Utwór zalicza się do nurtu New Wave. Wyraźny rytm zmusza do podrygiwania, a prosta melodia i słowa szybko wpadają w ucho (pomijając część po francusku, z której niestety nic nie rozumiem, ale od czego są translatory). Jest to pół-opowieść o zabójcy, który właśnie popełnia morderstwo, a pomimo to piosenka wprawia w dobry nastrój. Mi szczególnie do gustu przypadła wersja koncertowa z płyty Stop Making Sense (1984). Jest mniej melodyjna ale za to ma wyraźniejszy rytm.




    Przedstawiony wyżej teledysk to część filmu Stop Making Sense. Poza tym polecam całą płytę koncertową, gdyż pozostałe utwory są utrzymane w podobnym stylu.

    Tagi: , ,

  • 22 mar 2011 /  Trochę kulturalnej rozrywki

    Ostatnio dokopałam się na Filmwebie do ciekawej produkcji polsko-niemieckiej z 2009 roku. Raczej nie przepadam za polskimi filmami, ale ten akurat mnie zaintrygował. Świnki obejrzałam jakieś dwa tygodnie temu i utwierdziłam się w przekonaniu, że niekoniecznie podjęcie poważnego, oryginalnego tematu wiąże się z udanym filmem.

    Akcja dzieje się w przygranicznym mieście, gdzie mieszka i uczy się nastoletni bohater Tomek. Wychowany w biednej, jednak nie patologicznej, rodzinie, na każdym kroku odczuwa brak pieniędzy. Najpierw gdy szkoła nie może sfinansować jego wymarzonego projektu, później ,gdy zakochuje się w Marcie i pragnie spełniać jej zachcianki.

    Film Roberta Glińskiego jest przede wszystkim portretem psychologicznym młodego chłopca. Niestety jest to charakter nie do końca autentyczny. Poznajemy go jako ambitnego, pracowitego, pomocnego ucznia gimnazjum. Pragnie spełniać swoje marzenia, pogłębiać wiedzę astrologiczną. Pełen nadziei na zrealizowanie swoich planów doznaje pierwszego rozczarowania z powodu braku pieniędzy. Wtedy na jego drodze pojawia się rozwiązanie problemów majątkowych. Jest ono niezgodne z jego moralnymi zasadami. Jednak, choć Tomek na początku potępia swojego przyjaciela, później, tak jak on, prostytuuje się w celach zarobku.

    Niewątpliwą zaletą filmu, przynajmniej moim zdaniem, jest przedstawienie problemu, o którym tak właściwie się nie mówi (to było moje pierwsze zetknięcie z kwestią prostytuowania się młodych chłopców na pograniczach). A jest to kwestia jak najbardziej aktualna i tym bardziej przykra, że „ofiarami” są, jakby nie patrzeć, dzieci. Stanowczo zbyt szybko i za brutalnie wkraczają w dorosłe życie. Świat, którym rządzą pieniądze nie pozostawia im żadnych złudzeń.

    Film raczej nie jest arcydziełem. Nie zachwyca, na dobrą sprawę też nie wzrusza, a kreacja głównej postaci nie jest wiarygodna. Jego przemiana jest zbyt gwałtowna, a zachowanie niczym niemotywowane, albo też niemotywowane odpowiednio mocno. Ale reżyser podjął próbę przedstawienia nam świata sponsoringu młodych dziewcząt i chłopców, w który tak ciężko uwierzyć.

    Tagi: ,

© 2012 Trochę kulturalnej rozrywki Wpisy RSS Komentarze RSS

Okna Toruń | Obiekty na sprzedaż | Akcesoria do kominków | Wielka Nieszawka | Kanistry plastikowe